Musi być „efekt WOW”, czyli o presji wielkich decyzji

– Dobrze zrobiłaś!
– Absolutnie rozumiem skąd taka decyzja!
– Daj czadu!

Po zamianie dwuletniego kontraktu na nie-do-końca-wiadomy dziewięciomiesięczny wolontariat w Grecji, zalała mnie fala aprobaty. Czułam się jak dziecko, zatopione po szyję w basenie kolorowych kulek. Dobre słowa stały się całym moim światem. Było miło – taplanie w nich kompletnie mnie pochłonęło i odciągnęło od  myślenia o ewentualnych, przykrych konsekwencjach. Dobre słowa były niezmiernie ważne – czułam wsparcie, zamiast krytyki; dawały kopa do działania zamiast kąśliwych uwag o nieodpowiedzialności. Poczułam się podbudowana i jeszcze bardziej utwierdzona w swojej decyzji.

Życzeń spełnienia rzeczy, o których jeszcze sama nie zdążyłam pomyśleć było więcej, niż usłyszałam przez ostatnie dwadzieścia pięć lat. „By życie układało się według Twojego pomysłu”, „zdobycia wielu cennych doświadczeń” „spotkania wielu wspaniałych ludzi”,  „odnalezienia swojego miejsca na ziemi”…

Nakręcałam się – brakującą resztę dopowiadałam sobie sama: od życzeń dojścia do tego, co chciałabym robić na gruncie zawodowym, po znalezienie miłości swojego życia. A im więcej dodawałam, tym bardziej markotniałam. Za dużo naczytałam się wielkich historii o rzucaniu pracy w korpo i zmianie życia o 180 stopni – oczywiście zawsze na lepsze, zawsze z „efektem WOW”.

Najbardziej bałam się powtórzenia scenariusza sprzed roku, gdy po półrocznym pobycie w Grecji nie doszłam do żadnych konkretów. Przynajmniej tak wydawało mi się na początku. Bo wtedy nie odnalazłam tego, co spodziewałam się odnaleźć. Odnalazłam za to siebie. A gdy znajduje się siebie, resztę można odpuścić – bo wszystko co ważne znajdzie się samo.

Nie wiem czy odnajdę miłość swojego życia, pomysł na własny biznes albo inne rzeczy, których jeszcze nie zdążyłam wymyślić – nie chcę się nad tym zastanawiać, bo po prostu szkoda mi na to czasu. Szkoda mi czasu na kolejne wyrzuty, że przecież już minęło parę dni, a w temacie, który założyłam nic się nie zmieniło. Nie wiem co będzie i czy na końcu czeka „efekt WOW”.

Wiem, że podjęłam wielką decyzję. Wiem, że siedzę w pociągu i za parę godzin znajdę się tam, gdzie czuję, że powinnam być. Za kilkadziesiąt minut po nierównych ateńskich chodnikach przetargam swoją walizkę – ciężką od ubrań na cztery sezony, ale lekką o jakiekolwiek oczekiwania.

Chcę wierzyć, że cokolwiek tam jest, już czeka na mnie. W przemokniętym od deszczu prochowcu niecierpliwi się na przystanku lub wyciągnięty na nasłonecznionej ławeczce wygląda znad pomiętej gazety.

A ja? Biegnę, trochę po omacku, bo – mimo, że się nie znamy- już nie mogę doczekać się na to spotkanie!

2 Comments

  1. Dla nas jesteś kolejną, acz wspaniałą właśnie tą historią o porzuceniu pracy w korpo i podążaniu za marzeniami. Jesteś tym, o czym ludzie marzą, ale brakuje im odwagi…a przynajmniej mnie 🙂

    Odpowiedz

    1. A odwagę masz w sobie na sto procent. I każdy ma. To chyba kwestia rozsądku, który czasem podpowiada, by do swoich marzeń dążyć bardziej…hmmm… rozsądnie?

      I wiesz co? To jest super! 🙂 Bo każdy ma swój własny sposób. I jakkolwiek marzenia nie byłyby do siebie podobne, to droga do nich dla każdej osoby jest inna. No i czas na rzucanie się w pogoń za nimi (albo na poszukiwanie ich w tempie właściwym dla grzybiarzy) – też jest właściwy dla każdego.

      Chyba chodzi po prostu o to, by nie przegapić momentu, w którym trzeba zawiązać buty i wyjść z domu. 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *