Jak zwiedzić Ateny „jak lokalny”?

„Tu nie ma nic ciekawego” –  wzrokiem przeczesujesz mapę swojego miasta. Próbujesz znaleźć coś, co może spodobać się znajomemu, który po raz pierwszy przyjedzie Cię odwiedzić. W końcu jest!

SONY DSC

Dlaczego wyjdziecie na  spacer po rynku, zahaczycie o kamienice w starej części miasta, wyskoczycie do baru na imprezowej ulicy, zamiast przejść się po okolicznym targu lub po Twoim osiedlu?

Tak wiem… tam przecież nie ma nic ciekawego…

Zwiedzanie miasta „jak lokalny” to ściema!

Przewracam oczami, gdy po raz kolejny znajomy chce „odkryć Ateny z perspektywy lokalsa”. Po pierwsze, XV wiek i czasy wielkich odkryć geograficznych już minęły – wszystko zostało odkryte. Poza tym wzdryga mnie na określenie „lokals”… Jest i trzeci powód.

Podczas gdy my turyści wylewamy siódme poty, by miasto odkryć z perspektywy Ateńczyków, Ateńczycy najzwyczajniej w świecie… nie są zainteresowani odkrywaniem swojego miasta! Co innego, gdy wyjeżdżają poza jego granice i zamienią się w turystów.

SONY DSC

Pamiętam maślany wzrok mojej greckiej znajomej, która lutowego popołudnia z otwartą buzią chłonęła intensywne kolory opolskiego blokowiska. I różnorodność mieszkań, które opakowane w bezkształtny blok, wydawały się z zewnątrz takie same.

Nie mogłam zrozumieć głębokich wzdechnięć, oklasków, ciągłego szarpania za rękaw uzupełnianego błagalnym tonem o przedłużenie spaceru. Pół roku później wprowadziłam się do Aten.

Wtedy zrozumiałam

Z turysty w mieszkańca, czyli najgorsza przemiana, jakiej możesz doświadczyć

Po pierwszych dniach przeprowadzki wszystko było nowe i fascynujące – pompony u butów Evzones podskakujące podczas zmiany warty, stoiska z piramidami warzyw i owoców na centralnym targu, kolorowe donice zastawiające ulice Plaki. I oczywiście Akropol spoglądający na nie wszystkie z góry.

SONY DSC

Ekscytujące były codzienne podróże metrem. Sklejone wagoniki łączyły najważniejsze atrakcie – szybko, bez konieczności tracenia czasu na nużące dojścia. Z twarzą przyklejoną do okna wyglądałam kolejnych stacji. Odliczałam kropki na trójkolorowym schemacie linii i czas potrzebny na przejazd od jednej do kolejnej. Z rytmu wybijały mnie dźwięki akordeonu albo gitary. Odrywałam się od szyby, by zerknąć na grajka, który kołyszącym krokiem przechodził przez kolejne wagony. I pasażerów-zombi, chowających twarze za książką lub ekranem smartphona.

Nie wiem, w którym momencie stałam się jednym z nich.

Pompony u butów Evzones przestały podskakiwać, donice przy ulicach zamiast cieszyć, wadzić. Akropol zniknął w gąszczu czteropiętrowych budynków.

„Proszę zatrzymać metro! Ja wysiadam!”

Tak jak co dzień siedziałam w szarym metrze. Betonowe ściany za oknem i miarowe postukiwanie komboloi powoli wprawiały mnie w trans. Oczy stawały się coraz cięższe. Nagle skronie przeszyło ostrze noża. Przez uchylone okno wpadł mroźny powiew wiatru. Zielona linia metra wyjechała na ziemię. Po lewej stronie na wzgórzu znów królował Akropol. I gdy po raz kolejny zrozumiałam, że przestał mnie zachwycać, postanowiłam coś z tym zrobić. Tu i teraz.

SONY DSC

Gdy tylko dojechałam do kolejnej stacji, poderwałam się z siedzenia. A chwilę później usiadłam. I pozwoliłam, by wagoniki leniwie dotoczyły się do ostatniej stacji w Pireusie.

Zapomniałam kiedy ostatni raz tam byłam. I kiedy ostatni raz byłam w miejscach, w kórych serce zaczynało bić szybciej. Tak, jak podczas pierwszych spacerów wokół fontanny przed parlamentem, wśród wąskich uliczek Plaki, czy w stronę Akropolu.

Gdy zrozumiałam, że wszystkie atrakcje przestały mnie zachwycać, postanowiłam zachwycić się miejscami zwykłymi. Zejść z turystycznych szlaków i wrócić do metra. A dokładniej na jego powierzchnię. I dróg pokonywanych przez mieszkańców każdego dnia.

3 linie, 61 stacji i 84 kilometrów to za dużo, do zobaczenia za jednym razem. Za to w sam raz na dużo spacerów. I dużo okazji do poznawania miasta. Jak lokalny.