Ciemna strona miasta. Pireus

Pireus nie jest romantycznym portem. Metaliczny kolor promów zabarwił na szaro kawałek morza, na którym zacumowały. Nie ma się zresztą w co wpatrywać, bo ściśnięte statki szczelnie zasłoniły resztki wody.

SONY DSC

W Pireusie zaczynam rozumieć kim był «μάγκας» (mangas) i co to «τεκέδες» (tekedes). Wyobrażam sobie zarozumiałych cwaniaczków z klasy pracującej. Jak idą ulicą z przekonaniem, że to oni rządzą w tej dzielnicy. Jak ramionami zataczają koła i ocierają o swój tani garnitur. Sposób, w jaki chodzą podkreśla ich tupet. Przewiązani ciasno pasem, który bardziej niż ozdoba, sprawdza się jako schowek na nóż.

SONY DSC

Schowani w cieniu wełnianych kapeluszy, siedzą w barze wielkości pokoju. Można by w nim zawiesić siekierę. Dym papierosowy drapie w gardło i oczy. Tylko przyjezdnych. Bo «Μάγκες» (manges), to „najtwardsi z twardych”. Niewiele ich rusza. Stukotem komboloi zabijają kolejne godziny. Albo wystukują rytm wygrywanych na bouzouki rembetiko.

Gdyby byli młodsi i dziś przemykali po ulicach Pireusa, z pewnością dostaliby nadzór kuratorski.

SONY DSC

„Największy port pasażerski w Europie, podobno drugi na świecie” – chodzę po czwartej najliczniejszej gminie Grecji i mam wrażenie, że ktoś o niej zapomniał. Szare chmury zasłaniające niebo tylko wzmacniają to odczucie.

Oddalam się od portu, choć wciąż podążam wzdłuż niego. Równolegle biegnące ulice nie mają tyle przestrzeni co deptak przy wodzie.

SONY DSC

Pełno tu zakładów, w których nadal produkuje się metalowe części do statków. Jakie dokładnie? Nie wiem. Ułożone jedne na drugich kartonowe pudła, pnące się jak bluszcz w górę ściany, pozostają zamknięte. Pomarszczone twarze, które wyglądają ze środka nie zachęcają do zadawania pytań. Policzki nadymują dymem z przed chwilą skręconych papierosów. Tak innych od tych równiusieńkich, wychodzących parędziesiąt lat temu z fabryki Papastratosa. Ta, podobnie jak inne biznesy w okolicy, stoi zamknięta na cztery spusty.

SONY DSC

Ciężko się tu oddycha. Marzę o prysznicu. Silnym strumieniu wody, który wypłukałby kurz osiadły w zgnieceniu łokci i włosach. Jedyne czym mogę się teraz pocieszyć to wysmarkanie piachu, który wszedł mi do nosa po tym jak wielka śmieciara przejechała przez ulicę.

SONY DSC

Biorę głęboki oddech, bo coś kłuje mnie w serce. Portowe budynki nie zasłużyły na swój los. Wiem, że doprowadzenie ich do użyteczności nie skończy się na zeskrobaniu odchodzących warstw farby. By stały się loftem, w którym ktoś zamieszka albo industrialną kawiarnią, pachnącą świeżo zmieloną kawą potrzeba dużo pracy. Zastanawiam się czy ktoś się jej podejmie zanim kolejne ściany zaczną upadać. Jak w domku z kart.

SONY DSC

SONY DSC

Wychodzę z dzielnicy Papastratio, przechodzę przez Kopi i dochodzę do Drapetsona. Mijam przystanek „Polykatoikies” i zastanawiam się dlaczego ktoś go tak nazwał, skoro piętrowe bloki widoczne są dopiero na horyzoncie. Tu autobusy krążą wokół jednopiętrowych domków o powierzchni salonu. Przypominają ogródki działkowe, choć mają w sobie więcej przytulności. Uroku dodają im różnokolorowe okiennice, na których osiadł kurz.

SONY DSC

SONY DSC

Przez niewielkie podwórka przewija się chwilowość. Jakby ktoś zaglądał tu trzy razy do roku. By w rękach uprać budne ciuchy, a potem wywiesić na ganku. Zabić trzy kwadranse przy piwie i plastikowym stole. Naprawić cieknący kran, poskładać ubrania w kostkę i znów wyruszyć.

SONY DSC

W stronę portu, a potem w morze. Uciec w niebieskość, którą tu – w Pireusie – zawłaszczyły metaliczne promy…